wróć do sekcji: THE CYCLOTHYMIC PANOPTICON
wróć do sekcji: MENTAL ELECTRICITY
wróć do sekcji: MENTAL ELECTRICITY MMVII
Taa... Nazwę zespół obrał sobie niemal idealną. Nie ma co liczyć, że rozentuzjazmowane fanki skandować ją będą na koncertach. Za trudna. Myślę jednak, że zespołowi wcale nie chodzi o jakieś skansowania w przypadku fanek. Ale to już moje prywatne domysły. Przyznam, że nie spotkałem się wcześniej z tym projektem, dlatego już wieść, że to polski, krajowy produkt mocno mnie zaskoczyła, potwierdzając jednocześnie, że krajanie potrafią zrobić cos absolutnie oryginalnego, nietuzinkowego i trudnego – tak, diabelnie! – do szufladkowania. Płyta składa się z 6 kawałkach zamkniętych w 25 minutach. I to jest jedyna, logiczna rzecz, jaką o tej płycie mogę powiedzieć. Użyłbym może wyświechtanego pjęcia „awangardowy black” metal ale w przypadku tych struktur to zbyt mało. A że kojarzy mi się to wszystkoz Arcturusem... Przynajmniej momentami. Zespół buduje swoje piosenki na elektronicznie generowanym ale nie przesadzonym rytmie, opiera je o funkdament mocno pracujących gitar, zaś obok, u góry, ztyłu i z boku czai się mnóstwo sampli, jazzowych trąbek i innych dziwactw. Kiedy trzeba, zespół potrafi przywalić siarczystym black metalem aby zaraz potem „pojechać” dziwacznym zwolnieniem, gdzie główna rolę odgrywają sample, pianinko i duszna, ponura atmosfera. Jednocześnie, za sprawą elektroniki , wszystko nabiera mocno industrialnego posmaku, jednak, żeby nie było zbyt łatwo, w takich miejscach potrafi pojawić się nawet blast a jak nie, to cos w rodzaju... new romantycznej zagrywki. Ci kolesie nie znają świętości. Co ciekawe jednak, im dalej w las, tym więcej krzaczorów, czyli, coraz ciekawiej, ale i mniej przejrzyście się robi. Szumy, pogłosy, niemal avant metalowe poszukiwania, wszystko zaczyna rozpływać się w monstrualnie dronowych szumach i mamy wrażenie, że zapadamy się w otchłań. A zaraz potem, ciete w studiu sample, gitary i maszynowy zgiełk. Być może przesadze, ale bardzo mało znam polskich zespołów, które miałyby taką odwagę w tworzeniu dźwiękowej zagłady. A jeśli już się pojawiają, to są zdecydowanie w podziemiu i mało kto ma szansę do nich dotrzeć. HD, że posłuże się wygodnym skrótem posiadają unikalny w skali kraju talent do tworzenia muzyki, która mimo całej złożoności ma w sobie zaskakujący potencjał, słucha się jej przyjemnie i z łatwością można zrozumieć intencje twórców. Najlepszy moment czy momenty – świetne zastosowanie instrumentów dętych. Może nie jest to najoryginalniejszy pomysł z tego krążka, jednak na mnie robi niesamowite wrażenie. Jestem za i chcę zobaczyć grupę na koncercie. W pełnej krasie. I może z żywym pałkerem. Ok, nie czepiam się...
Arek Lerch




